Przejdź do głównej zawartości

Mózg: przysmak dla psychologa ;)

 Niedawno mojego wspólnika gabinetowego i kumpla w jednym coś natchnęło do kulinarnego powrotu do czasów PRL (z naszej dwójki tylko ja, rzecz jasna, pamiętam kuchnię lat 80.). Postanowiliśmy pobawić się w gotowanie cynaderek, byczych jąder i mózgu (oczywiście wieprzowego). Ta ostatnia potrawa nazywana była pieszczotliwie móżdżkiem - chyba po prostu milej to brzmiało. Jako żywo pamiętam czasy, gdy móżdżek można było zjeść w co drugiej knajpie.

Zanim jednak zjemy mózg, warto dowiedzieć się, że jest on organem niezwykłym: stanowi około 2 procent masy ciała, ale zużywa 20-30 procent energii całego organizmu. Składa się on z około 100 miliardów neuronów, zaś same naczynia krwionośne mają 160 tys. kilometrów. Podczas stanu czuwania mózg generuje  jakieś 25 watów energii (czyli żarówkę już można rozświetlić) i przetwarza informacje z prędkością 430 km/h. 

Gdy jesteśmy w stanie zakochania (wspominam o tym, bo dziś są walentynki), osłabieniu ulega aktywność kory czołowej i przedczołowej, odpowiedzialnych m.in. za logiczne myślenie i procesy oceniania. Z kolei najbardziej aktywny w tym stanie jest układ limbiczny (m.in. hipokamp i ciało migdałowate) - aktywuje się też bardzo zakręt obręczy i jądro ogoniaste (co jako żywo przypomina funkcjonowanie mózgu pod wpływem kokainy). 

Za stan zakochania i miłości odpowiedzialne są także m.in. dopamina, oksytocyna i fenyloetyloamina. Dobra wiadomość dla osób niezakochanych: fenyloetyloamina (podobna w budowie do amfetaminy) występuje także w produktach spożywczych (czekolada, mięso, sery); dopamina uwalnia się podczas wykonywania bardzo przyjemnych dla nas czynności, zaś oksytocyna - podczas przytulania się, ale także podczas uważnego słuchania drugiej osoby.

Gdyby ktoś jednak wolał zjeść mózg (wieprzowy) zamiast o nim czytać, to trzeba się wyposażyć w 1 kg mózgu (porcja na 2-3 osoby), 3 cebule średnich rozmiarów, 4 spore jajka, sól, pieprz i masło klarowane. Mózg kupowaliśmy w sklepie mięsnym online. Warto kupić mózg przygotowany już do dalszej obróbki, czyli oczyszczony z błon i odłamków kostnych. Taki oczyszczony produkt wrzucamy na 10 minut do wrzącej wody. W międzyczasie podsmażamy cebulki bardzo drobno pokrojone. Do cebuli dodajemy obgotowany mózg, dodajemy sól i pieprz, i podsmażamy niezbyt długo, zaś następnie dodajemy rozbełtane jajka i smażymy do ulubionej konsystencji jajecznicy. Całość najlepsza jest po prostu z kawałkiem żytniego chleba. Fotka obrazuje nadjedzony już mózg - tak to jest, gdy człowiek spieszy się do zjedzenia tego, co właśnie ugotował i zapomina, że bywa także blogerką kulinarną ;)



A jeśli komuś podczas czytania nie uruchomił się ślinotok, lecz wstręt (fuuujjj!), to obiecuję, że następny post dotyczyć będzie właśnie wstrętu - mojej ulubionej emocji - ze względu na jej irracjonalność. Bo czyż nie jest irracjonalnym to, że większość ludzi brzydzi się wypić wodę, do której wcześniej osobiście napluli?

Komentarze

Popularne posty z tego bloga

O krewetkach w pomidorach i potrzebach w relacjach

 Wczoraj wieczorem odwiedził mnie niespodziewanie znajomy. Przywiózł ze sobą krewetki, co mnie bardzo ucieszyło i zaskoczyło jednocześnie. Na moje pytanie: Skąd wiedziałeś, że chętnie zjem krewetki ? odpowiedział, że znamy się już od ponad 8 miesięcy i on wie, że niezależnie od samopoczucia i nastroju zawsze zjem krewetki. I tatara oraz arbuza - niekoniecznie razem. No więc przywiózł krewetki. Zaczęliśmy smażyć te krewetki - przepis za chwilę - i znajomy w kontekście mojego zdziwienia trafioną w punkt dostawą żywności wygooglał w internetach jego ulubiony cytat ze słów Fridy Kahlo, dotyczący znajomości potrzeb i ich zaspokajania w bliskiej relacji (przyjacielskiej lub romantycznej - nie ma różnicy, bo oba typy relacji zakładają znaczną ważność i bliskość drugiej osoby).  Nie proszę Cię, byś mnie pocałował, ani o przeproszenie, gdy myślę, że się mylisz. Nawet nie poproszę Cię o przytulenie mnie, kiedy najbardziej tego potrzebuję. Nie proszę o to, żebyś mi mówił jaka jestem pięk...

O pasztecikach dinozaurach pani Haliny i o latającym kocie

 Paszteciki są bardzo praktycznym jedzeniem. Robię je raz na jakiś czas - z przepisu wychodzi ich około 60-70 sztuk. Mrożę je potem, pakowane po dziesięć sztuk, jako gotowe danie - gdy nie ma czasu na normalny obiad, wystarczy pozyskać jakąkolwiek zupę (w akcie desperacji: barszczyk typu "gorący kubek"), wrzucić kilka pasztecików do piekarnika na parę minut (lub do mikrofali) i już: da się tym najeść. Nawet z przyjemnością. Paszteciki z przepisu pani Halinki mają u nas w domu ksywę "dinozaury", bo lepimy je byle jak i bardziej przypominają nam stegozaury (tyle że takie bez nóżek) niż regularny pasztecik. Paszteciki dinozaury 😉 Pani Halinka, przyjaciółka moich rodziców, była osobą bardzo mądrą, ciepłą i empatyczną. Cechowały ją też specyficzne lęki, miłość do zwierząt i umiarkowana cierpliwość. Wśród lęków pani Halinki na ostre prowadzenie wychodził lęk przed natknięciem się w lesie na wisielca. Pani Halina wyobrażała sobie, że pochylona idzie sobie przez las zbiera...