Przejdź do głównej zawartości

Posty

O krewetkach w pomidorach i potrzebach w relacjach

Najnowsze posty

Mózg: przysmak dla psychologa ;)

 Niedawno mojego wspólnika gabinetowego i kumpla w jednym coś natchnęło do kulinarnego powrotu do czasów PRL (z naszej dwójki tylko ja, rzecz jasna, pamiętam kuchnię lat 80.). Postanowiliśmy pobawić się w gotowanie cynaderek, byczych jąder i mózgu (oczywiście wieprzowego). Ta ostatnia potrawa nazywana była pieszczotliwie móżdżkiem - chyba po prostu milej to brzmiało. Jako żywo pamiętam czasy, gdy móżdżek można było zjeść w co drugiej knajpie. Zanim jednak zjemy mózg, warto dowiedzieć się, że jest on organem niezwykłym: stanowi około 2 procent masy ciała, ale zużywa 20-30 procent energii całego organizmu. Składa się on z około 100 miliardów neuronów, zaś same naczynia krwionośne mają 160 tys. kilometrów. Podczas stanu czuwania mózg generuje  jakieś 25 watów energii (czyli żarówkę już można rozświetlić) i przetwarza informacje z prędkością 430 km/h.  Gdy jesteśmy w stanie zakochania (wspominam o tym, bo dziś są walentynki), osłabieniu ulega aktywność kory czołowej i przedcz...

O gęsi patriotycznej

 W tym roku zapowiadało się, że rodzinna tradycja 11 listopada kompletnie zdechnie, wraz z moim gigantycznie rozwijającym się zapaleniem oskrzeli (płuca pomińmy milczeniem). Ta tradycja rodzinna jest nieco oszczędna w środki: flaga na maszcie na balkonie, rogale marcińskie (jedna czwarta rodu jest z Wielkopolski) i gęś. Do tego okrasa i półgęsek na przystawkę. Chciałam wszystkie niezbędne produkty nabyć jak zwykle na jarmarku (np. w Minikowie), no ale mój wirus... Uznałam, że głupio będzie zabierać przyjemność ludziom z zakupów charcząc na nich i kaszląc do wyplucia płuc; a poza tym straciłam kompletnie głos - więc jak poproszę o konkretny kawałek gęsi? Będę go palcem wskazywać i kaszleć znacząco w jego kierunku? Zaniepokojona reakcją rodziny na upadek tradycji kupiłam jednak wczoraj w markecie ostatni płat gęsiej piersi i oddałam się refleksji nad moim patriotyzmem - bo jakoś przykra mi była myśl, że ogranicza się on do żarcia i flagi. Czymże jest więc mój patriotyzm na co dzień? ...

O zupie z cukinii oraz o trosce

 Wyznam szczerze, że nie przepadam za zupami-kremami: wolę zupy, w których coś daje się rozgryźć. Zupę-krem z cukinii jednak lubię, bo jest wyrazista w smaku. Kremowe, miksowane zupki gotuję często, bo moja mama - seniorka preferuje wszelkie konsystencje kremowe, łatwo przełykalne. Robię więc te zupki motywowana troską i gdy dziś rano gotowałam właśnie krem cukiniowy, myślałam sobie o trosce oraz o tym, co się dzieje, gdy człowiek przez dłuższy czas troski jest pozbawiony. Całkiem niedawno rozmawiałam o tym ze znajomym dobrze wyszkolonym psychologiem - odnosiliśmy się do tzw. zjawiska deprywacji emocjonalnej. Ta deprywacja pojawić się może, gdy ktoś nie doświadcza ze strony innych ludzi empatii, opieki/troski i ochrony. Niedobór doświadczania empatii oznacza, że w otoczeniu danej osoby nie ma nikogo, kto jej wysłuchuje, ma na uwadze jej potrzeby i okazuje nieegoistyczne zainteresowanie jej sprawami i problemami. Z kolei pozbawienie opieki to brak jakiejkolwiek osoby, która przytula...

O pulpetach-odbijaczach i przerwach w pracy mózgu

Wbrew tytułowi ten post nie będzie miał nic wspólnego z neurologią ani z psychologią. Będzie on traktował o smacznych pulpecikach nazywanych przez mojego śp. ojczulka odbijaczami (kształt pulpetów kojarzył mu się z odbijaczami burtowymi - ojczul przesłużył kilka lat w marynarce wojennej, do której zachował żywy sentyment) i o dwóch anegdotkach dotyczących poczucia, że mój mózg się wyłączył i nie działa, kompletnie. Anegdotki przypomniały mi się, gdy wczoraj gotowałam odbijacze i jednocześnie rozmawiałam z moją matką. Mówiłam właśnie o składnikach dodawanych do sosu - stanęłam na fasolce - i tu matka z namysłem zapytała: A może kremową? No i w tym momencie mnie znowu zawiesiło: co to jest "kremowa fasolka"? Stałam nad garem z tępym wyrazem twarzy i po kilkudziesięciu sekundach skumałam, że matka pyta o kolor tapety, o której położeniu w kuchni rozmawiałyśmy kilka godzin wcześniej...   Dwie największe przerwy w pracy mózgu zafundowały mi moje koleżanki. Historia pierwsza działa...

O chłodniku nielitewskim i chłodnej Norwegii

  Podczas ostatniej fali upałów (dla mnie temperatura powietrza powyżej +25 stopni to zło) żywiłam się głównie arbuzem, mizerią i chłodnikiem, o którym będzie za chwilę. Przywoływałam też wspomnienia najmilszych wakacji w północnej Norwegii (+14 stopni pod koniec czerwca!). Mój pierwszy urlop w Norwegii spędzałam jako kierowca w towarzystwie mojego śp. ojczulka i jego kumpli – uroczych facetów w kategorii wiekowej 60 i 70+. Stacjonowaliśmy na wyspie Seiland – panowie obsesyjnie łowili ryby, a ja łaziłam i jeździłam po pięknej okolicy. Gdy wspominałam ten wyjazd to zdałam sobie sprawę, że udowodniłam sobie wówczas wiele mniej lub ważnych kwestii. Przykładowo udowodniłam sobie, że mogę prowadzić samochód non-stop przez 28 godzin bez przerw większych niż siusiu i papieros. Nie ukrywam jednak, że pod koniec tych 28 godzin to raczej samochód jechał mną niż ja samochodem. Lato na ukochanym Nordkappie (ciekawe dlaczego inne osoby są cieplej ubrane niż ja?) Udowodniłam sobie też, że mogę ...

Tarta nic niewarta

  Dzisiaj oddaję głos psychologowi przy garach - o swej walce z tartą nic niewartą opowiada Jakub Hartung-Wójciak: Piec uczyła mnie babcia Maryla, a wtedy jeszcze o tartach nikt nie słyszał – kruche ciasto owszem, ale nie jakieś tam tarty. Przy kruchym nie można było miętolić ciasta w rękach, co uwielbiałem jako berbeć czynić. Trzeba było je siekać nożem i szybko zarobić w zgrabną kulkę i do lodówki na godzinę, żeby skruszało. Nie przepadałem za tym ciastem, bo nadnaturalne ciepło moich dłoni (jako dziecko jeździłem na nartach bez rękawiczek), jak i dziecięcy zapał do wyrabiania zupełnie się tu nie przydawał – babcia za każdym razem przejmowała całą inicjatywę, żeby uratować resztki kruchości kruchego. Nie dość, że moja mistrzyni sztuki kulinarnej nie zdradziła mi żadnych arkan wyrobu tart, to jeszcze pierwsze próby i kontakty nie kończyły się dobrze, a i kolejne potyczki gwałciły moją kulinarną pewność siebie. Tarta sióstr Tatin, mająca piękną historię powstania, w moim wydani...