Przejdź do głównej zawartości

O krewetkach w pomidorach i potrzebach w relacjach

 Wczoraj wieczorem odwiedził mnie niespodziewanie znajomy. Przywiózł ze sobą krewetki, co mnie bardzo ucieszyło i zaskoczyło jednocześnie. Na moje pytanie: Skąd wiedziałeś, że chętnie zjem krewetki? odpowiedział, że znamy się już od ponad 8 miesięcy i on wie, że niezależnie od samopoczucia i nastroju zawsze zjem krewetki. I tatara oraz arbuza - niekoniecznie razem. No więc przywiózł krewetki.

Zaczęliśmy smażyć te krewetki - przepis za chwilę - i znajomy w kontekście mojego zdziwienia trafioną w punkt dostawą żywności wygooglał w internetach jego ulubiony cytat ze słów Fridy Kahlo, dotyczący znajomości potrzeb i ich zaspokajania w bliskiej relacji (przyjacielskiej lub romantycznej - nie ma różnicy, bo oba typy relacji zakładają znaczną ważność i bliskość drugiej osoby). 

Nie proszę Cię, byś mnie pocałował, ani o przeproszenie, gdy myślę, że się mylisz.
Nawet nie poproszę Cię o przytulenie mnie, kiedy najbardziej tego potrzebuję.
Nie proszę o to, żebyś mi mówił jaka jestem piękna, nawet jeśli to kłamstwo, ani nie pisał mi niczego pięknego.
Nawet nie poproszę Cię, abyś zadzwonił do mnie i zapytał, jak minął mi dzień, ani nie powiedział, że tęsknisz.
Nie będę prosiła Cię o dziękowanie za wszystko, co dla Ciebie robię, ani o troskę o mnie, gdy moja dusza jest smutna i oczywiście nie będę Cię prosić o wsparcie mnie w moich decyzjach.
Nawet nie poproszę Cię o słuchanie mnie, gdy mam Ci tysiąc historii do opowiedzenia.
Nie będę Cię o nic prosić - nawet o to, by został ze mną na zawsze.
Bo jeśli mam Cię prosić, to już tego nie chcę.

Znajomy stwierdził, że rozumie Fridę w stu procentach. Jakaż to kiepska relacja, w której potrzeby drugiej osoby nie są oczywiste! Jakiż to kiepski związek, w którym o oczywistość trzeba prosić!

No i tu rozgorzała dyskusja, w efekcie której krewetki kompletnie wystygły (ale na zimno też są dobre). No bo choć częściowo zgadzam się z Fridą, to jednak:

- mówienie o swoich potrzebach wprost jest konieczne, gdy nie znamy się zbyt długo. W nowych relacjach trudno oczekiwać znajomości potrzeb i preferencji. Powinien jednak niepokoić fakt braku ciekawości drugiej osoby i jej preferencji - w zakresie czegokolwiek: jedzenia, wartości, gustu itd.

- niektóre preferencje nie są betonowo stałe. Przykładowo: jeśli wiadomo, że lubię krewetki i ktoś je przywozi, a ja robię aferę oraz dym, bo akurat dziś zjadłabym pierogi - dlaczego na to nie wpadłeś? to oczekuję czytania w myślach. Ludzie nie czytają w myślach. Tak jak ja nie jem pierogów. Nigdy ;)

-  dobra, bezpieczna relacja to taka, w której nie boimy się prosić, bo wiemy, że jesteśmy ważni dla siebie i pozytywnie do siebie nastawieni. Dobra relacja to taka, w której można prosić o przytulenie, bo nie boimy się odrzucenia i słów wypowiadanych ze złością: Znowu masz zły humor. Przestań histeryzować i ogarnij się!

- poza tym w dobrej relacji nie oczekujemy od drugiej osoby ciągłego zaprzątnięcia nami i naszymi potrzebami; ciągłej czujności. Oczywiście jest źle, gdy teoretycznie bliska osoba nie zauważa zazwyczaj naszych nastrojów lub potrzeb, ale trudno też oczekiwać, że drugi człowiek będzie non-stop skoncentrowany na tym, czy aby czegoś nie potrzebujemy

- istotna jest też treść potrzeb (lub ich rodzaj). Zazwyczaj dobrze rokują te relacje, w których ludzie mają podobne potrzeby - i nie mówię tu o gustach kulinarnych lub innych drobiazgach. Mówię o potrzebach emocjonalnych (wsparcie, troska, potrzeba trzymania dystansu) i poznawczych (np. podobna ciekawość świata). Przysłowie mówi: przeciwieństwa się przyciągają. Psycholodzy kończą przysłowie: i nikt nie wie, po co, bo często tworzą niesatysfakcjonujące relacje.

- i odnosząc się do ostatnich słów Fridy: w tym jednym zgodziliśmy się z moim znajomym w pełni. Jeśli kogoś trzeba prosić o bycie w przyjaźni lub związku, to czas się z takiej relacji wycofać. O to jedno prosić nie warto - nie z powodu własnej dumy czy honoru - po prostu dlatego, że z sympatii i szacunku do samych siebie warto tworzyć relacje tylko z osobami, które chcą tworzyć relacje z nami. 



A teraz krewetki dla zabieganych:

Potrzebujemy: około 400g krewetek zblanszowanych, puszkę pomidorów, kilka pomidorów koktajlowych obranych ze skórki, dwa ząbki czosnku, cebulę, sól, pieprz, paprykę sypką słodką, kolendrę (lub nać pietruszki - zapominam zazwyczaj o kupnie kolendry, a pietruchę mam w ogrodzie, więc u mnie jest z pietruszką), trochę oleju lub oliwy (co kto woli) oraz dwie patelnie.

Krewetki rozmrażamy (o ile mamy mrożone - wystarczy zalać je wrzątkiem na 2 minuty i po sprawie). Na patelni nr 1 smażymy cebulę i czosnek, dorzucamy do tego pomidory z puszki i koktajlówki. Przesmażamy to, mieszając od czasu do czasu. Na patelni nr 2 smażymy krewetki i gdy już są podsmażone (nie są szkliste i ładnie się pozwijały), wrzucamy do nich zawartość patelni nr 1. Dusimy wszystko przez kilka minut (to naprawdę ekspresowe jedzenie) i na koniec dorzucamy posiekaną zieleninę. I już.

Ponoć ludzie jedzą to z makaronem. Do makaronu mam stosunek podobny jak do pierogów, więc do duszących się krewetek dorzucam moją wersję makaronu - surimi pokrojone w centymetrowe kawałki. Surimi ładnie się rozwija pod wpływem ciepła i udaje makaron, którym na szczęście nie jest. Przyjemności :)

Komentarze

Popularne posty z tego bloga

Mózg: przysmak dla psychologa ;)

 Niedawno mojego wspólnika gabinetowego i kumpla w jednym coś natchnęło do kulinarnego powrotu do czasów PRL (z naszej dwójki tylko ja, rzecz jasna, pamiętam kuchnię lat 80.). Postanowiliśmy pobawić się w gotowanie cynaderek, byczych jąder i mózgu (oczywiście wieprzowego). Ta ostatnia potrawa nazywana była pieszczotliwie móżdżkiem - chyba po prostu milej to brzmiało. Jako żywo pamiętam czasy, gdy móżdżek można było zjeść w co drugiej knajpie. Zanim jednak zjemy mózg, warto dowiedzieć się, że jest on organem niezwykłym: stanowi około 2 procent masy ciała, ale zużywa 20-30 procent energii całego organizmu. Składa się on z około 100 miliardów neuronów, zaś same naczynia krwionośne mają 160 tys. kilometrów. Podczas stanu czuwania mózg generuje  jakieś 25 watów energii (czyli żarówkę już można rozświetlić) i przetwarza informacje z prędkością 430 km/h.  Gdy jesteśmy w stanie zakochania (wspominam o tym, bo dziś są walentynki), osłabieniu ulega aktywność kory czołowej i przedcz...

O pasztecikach dinozaurach pani Haliny i o latającym kocie

 Paszteciki są bardzo praktycznym jedzeniem. Robię je raz na jakiś czas - z przepisu wychodzi ich około 60-70 sztuk. Mrożę je potem, pakowane po dziesięć sztuk, jako gotowe danie - gdy nie ma czasu na normalny obiad, wystarczy pozyskać jakąkolwiek zupę (w akcie desperacji: barszczyk typu "gorący kubek"), wrzucić kilka pasztecików do piekarnika na parę minut (lub do mikrofali) i już: da się tym najeść. Nawet z przyjemnością. Paszteciki z przepisu pani Halinki mają u nas w domu ksywę "dinozaury", bo lepimy je byle jak i bardziej przypominają nam stegozaury (tyle że takie bez nóżek) niż regularny pasztecik. Paszteciki dinozaury 😉 Pani Halinka, przyjaciółka moich rodziców, była osobą bardzo mądrą, ciepłą i empatyczną. Cechowały ją też specyficzne lęki, miłość do zwierząt i umiarkowana cierpliwość. Wśród lęków pani Halinki na ostre prowadzenie wychodził lęk przed natknięciem się w lesie na wisielca. Pani Halina wyobrażała sobie, że pochylona idzie sobie przez las zbiera...