Przejdź do głównej zawartości

Od czego zaczęło się moje gotowanie i o ciastkach orzechówkach

      Jedzenie ma wiele funkcji: dla jednych osób jest koniecznością związaną z przeżyciem, dla innych: przyjemnością, pocieszeniem, nagrodą, a czasem - pasją życiową. W moim przypadku jest to po części przyjemność, a po części - obiekt zainteresowania. 

       Postanowiłam, że na tym blogu będę dzielić się swoimi przepisami i sympatią do gotowania. Nie będę udawać eksperta kulinarnego - jestem po prostu gotującą psycholożką. Nie będę też podawać w przepisach wartości kalorycznych, bo nigdy mnie one nie obchodziły (dbanie o szczupłość nie jest moim priorytetem życia). Nie będę również zamieszczać przepisów, których realizacja zajmuje więcej niż godzinę pracy (czas przebywania potrawy w piekarniku się nie liczy, bo wtedy pracuje piekarnik, a nie my) - pracuję na dwa etaty (na Wydziale Psychologii UKW i w prywatnym gabinecie), więc nie mam czasu na wielogodzinne stanie przy garach. Nie znajdą się też tu przepisy na jedzenie, którego nie lubię - przykład: czernina (fuj - ze względu na ocet, a nie na krew) lub schab faszerowany morelami (fuj - połączenie wytrawnego ze słodkim to zło).

        Moje gotowanie zaczęło się w przerwie semestralnej po I roku studiów. Po powrocie do Bydgoszczy z Poznania, gdzie studiowałam, miałam bohaterskie zadanie pomóc mojemu ojczulkowi postawić płot. Stawialiśmy razem podmurówkę, a także przycinaliśmy, szlifowaliśmy i malowaliśmy deski. Po pierwszym dniu pracy ojciec zagonił mnie do wyrabiania mięsa na kotlety mielone (patent ojca na mielone na pewno opiszę) i ze zgrozą zauważył, że jego ulubione dziecko 20-letnie za diabła nie umie gotować. Pamiętam jego słowa: "Studia studiami, ale dojrzały człowiek musi umieć się wyżywić! Nie będzie mi tu wykształcona córka za księżniczkę o dwóch lewych rączkach robić". Nie uważałam siebie za księżniczkę (jaka księżniczka muruje i szlifuje?), ale dałam się potulnie zapędzić do garów - i odkryłam, że gotowanie to przyjemna twórczość. W ciągu tych wakacji nauczyłam się sprawnie robić beton (przydaje się ta umiejętność przy produkcji lukru i naleśników) oraz gotować proste acz miłe jedzenie.

Skoro więc sympatię do garów zawdzięczam mojemu ojcu, to pierwszy przepis blogowy musi się z nim wiązać. Miłością kulinarną ojczulka były ciastka orzechówki - piekłam je dla niego seryjnie. Po jego śmierci przez parę lat nie mogłam się za te ciastka zabrać, aż tu ostatnio moja matka zażyczyła sobie zdrowych (?!?) ciasteczek. Uznałam, że orzechówki spełniają kryterium "zdrowe" - orzechy to magnez :)

Orzechówki przed lukrowaniem


No to lećmy z przepisem na orzechówki:

Składniki: 100g utartych orzechów (laskowe, włoskie - co kto woli; ja wolę laskowe), 250 g mąki wrocławskiej, 1 łyżeczka proszku do pieczenia, 1 łyżeczka cynamonu, 120g cukru, 150g margaryny, 2 żółtka + cukier puder do zrobienia lukru

Z tych proporcji wychodzi około 40 ciastek. Osobiście podwajam proporcje, bo skoro już paprzę kuchnię mąką, to niech będzie tych ciastek sporo.

Praca:

- orzechy wymieszać z mąką, proszkiem, cukrem i cynamonem

- do mieszaniny dołożyć podziabaną margarynę i żółtka

- wyrobić ciasto - zazwyczaj dolewam kilka łyżek wody, bo ciasto ma być w miarę miękkie (ale nie przesadnie)

- wstawić całość do lodówki na 40 minut

- rozwałkować na niezbyt gruby płat (jakieś 5 mm) i wyciąć foremkami ciastka. Lubię foremki, które nie marnują ciasta podczas wycinania (nie chce mi się od nowa co chwila zagniatać resztek), więc wycinam serduszka i wiewiórki. Zwłaszcza wiewiórki są ekonomiczne.

- blachę wyłożyć papierem do pieczenia i wpakować ciastka do pieca nagrzanego góra-dół do 170 st.

Pierwsza partia piecze się dłużej, kolejne idą szybciej. Czas pieczenia ocenia się na oko - ciastka upieczone są lekko twardawe. Nie należy ich piec na beton, bo po wyjęciu z pieca twardnieją. 

Warto zadać sobie trud i je polukrować. Lukier w mojej wersji jest prymitywnie prosty i smaczny: wrzucam do miseczki cukier puder i dolewam wody oraz kilka kropli soku z cytryny - mieszam to wściekle do uzyskania konsystencji nadającej się do malowania. Lukruje się ciastka przestudzone - ale to oczywiste dla osób, które choćby raz coś w życiu polukrowały :)

Miłego chrupania orzechówek!



Komentarze

Popularne posty z tego bloga

O krewetkach w pomidorach i potrzebach w relacjach

 Wczoraj wieczorem odwiedził mnie niespodziewanie znajomy. Przywiózł ze sobą krewetki, co mnie bardzo ucieszyło i zaskoczyło jednocześnie. Na moje pytanie: Skąd wiedziałeś, że chętnie zjem krewetki ? odpowiedział, że znamy się już od ponad 8 miesięcy i on wie, że niezależnie od samopoczucia i nastroju zawsze zjem krewetki. I tatara oraz arbuza - niekoniecznie razem. No więc przywiózł krewetki. Zaczęliśmy smażyć te krewetki - przepis za chwilę - i znajomy w kontekście mojego zdziwienia trafioną w punkt dostawą żywności wygooglał w internetach jego ulubiony cytat ze słów Fridy Kahlo, dotyczący znajomości potrzeb i ich zaspokajania w bliskiej relacji (przyjacielskiej lub romantycznej - nie ma różnicy, bo oba typy relacji zakładają znaczną ważność i bliskość drugiej osoby).  Nie proszę Cię, byś mnie pocałował, ani o przeproszenie, gdy myślę, że się mylisz. Nawet nie poproszę Cię o przytulenie mnie, kiedy najbardziej tego potrzebuję. Nie proszę o to, żebyś mi mówił jaka jestem pięk...

Mózg: przysmak dla psychologa ;)

 Niedawno mojego wspólnika gabinetowego i kumpla w jednym coś natchnęło do kulinarnego powrotu do czasów PRL (z naszej dwójki tylko ja, rzecz jasna, pamiętam kuchnię lat 80.). Postanowiliśmy pobawić się w gotowanie cynaderek, byczych jąder i mózgu (oczywiście wieprzowego). Ta ostatnia potrawa nazywana była pieszczotliwie móżdżkiem - chyba po prostu milej to brzmiało. Jako żywo pamiętam czasy, gdy móżdżek można było zjeść w co drugiej knajpie. Zanim jednak zjemy mózg, warto dowiedzieć się, że jest on organem niezwykłym: stanowi około 2 procent masy ciała, ale zużywa 20-30 procent energii całego organizmu. Składa się on z około 100 miliardów neuronów, zaś same naczynia krwionośne mają 160 tys. kilometrów. Podczas stanu czuwania mózg generuje  jakieś 25 watów energii (czyli żarówkę już można rozświetlić) i przetwarza informacje z prędkością 430 km/h.  Gdy jesteśmy w stanie zakochania (wspominam o tym, bo dziś są walentynki), osłabieniu ulega aktywność kory czołowej i przedcz...

O pasztecikach dinozaurach pani Haliny i o latającym kocie

 Paszteciki są bardzo praktycznym jedzeniem. Robię je raz na jakiś czas - z przepisu wychodzi ich około 60-70 sztuk. Mrożę je potem, pakowane po dziesięć sztuk, jako gotowe danie - gdy nie ma czasu na normalny obiad, wystarczy pozyskać jakąkolwiek zupę (w akcie desperacji: barszczyk typu "gorący kubek"), wrzucić kilka pasztecików do piekarnika na parę minut (lub do mikrofali) i już: da się tym najeść. Nawet z przyjemnością. Paszteciki z przepisu pani Halinki mają u nas w domu ksywę "dinozaury", bo lepimy je byle jak i bardziej przypominają nam stegozaury (tyle że takie bez nóżek) niż regularny pasztecik. Paszteciki dinozaury 😉 Pani Halinka, przyjaciółka moich rodziców, była osobą bardzo mądrą, ciepłą i empatyczną. Cechowały ją też specyficzne lęki, miłość do zwierząt i umiarkowana cierpliwość. Wśród lęków pani Halinki na ostre prowadzenie wychodził lęk przed natknięciem się w lesie na wisielca. Pani Halina wyobrażała sobie, że pochylona idzie sobie przez las zbiera...