Przejdź do głównej zawartości

O serze smażonym, którego się nie smaży

 Ser z poniższego przepisu nijak nie przypomina wersji dostępnej w sklepach, bo nie ma konsystencji rozcieńczonego betonu i w przeciwieństwie do tzw. "kupnego" ma za to smak - całkiem przyjemny skądinąd. 

Przepis odziedziczyłam po osobie, która zmarła 12 lat temu. Jej mąż nie żyje już od 35 lat. Była to para warta wspomnienia i refleksji (uwaga i ostrzeżenie: nie będzie śmiesznie i radośnie), bo choć kompletnie niedobrana, to jednak szczęśliwa. Ich historia była następująca: ona była bardzo młodą wdową, która od lekarzy usłyszała diagnozę bezpłodności. On był młodym wdowcem z dwójką maleńkich dzieci. On się w niej zakochał romantycznie - ona przede wszystkim chciała mieć dzieci. Pobrali się i po roku małżeństwa urodził im się syn. Po kilku latach - drugi syn. Ona była osobą bardzo dominującą, egocentrycznie wsłuchaną tylko w siebie, o bardzo niskiej (wręcz śladowej) empatii. On był w niej do końca życia zakochany. Ona decydowała o tym, czego on może potrzebować i co on może czuć. On był w nią wpatrzony jak w obraz - ona go lekceważyła, a na sprzeciw reagowała jak na atak, grożąc rozstaniem, którego on się bał. Po wielu latach związku on już potrzebował tylko tego, co ona aprobowała. Gdy on umierał w szpitalu na udar, ona powiedziała do swoich bliskich: "Dobrze, że się to tak skończyło, bo ja bym się nim nie zajęła". Bo jego potrzeby musiałyby stać się ważniejsze? Miłość czasami naprawdę zaślepia.

Historia ta jest gorzka, ale ser - pyszny. Musimy zdobyć jedynie pół kilograma porządnego, tłustego twarogu (najlepiej 16 procent tłuszczu - na chudym za diabła nie wyjdzie) i dwie łyżeczki sody oczyszczonej. Ewentualnie jeszcze trochę kminku, jeśli ktoś lubi ser smażony z kminkiem. 

Tak wygląda połowicznie wyżarty już ser smażony

 

W misce mieszamy bardzo dokładnie twaróg z sodą - należy zrobić to dokładnie, starannie dziabiąc i rozgniatając widelcem. Przykrywamy miskę talerzykiem i zostawiamy na kilkanaście godzin w ciepłym miejscu (takim, gdzie jest minimum 20 stopni ciepła). Twaróg musi porządnie zgliwieć - czyli sfermentować. Gdy ma już postać kleistą, ciągnącą się (drobne, nieliczne grudki są dopuszczalne), gotujemy go na parze: garnek z wodą, na to miska z serem (najlepiej metalowa) i gotujemy, od czasu do czasu mieszając. Po ugotowaniu ser ma postać niemal płynną, pozbawioną grudek. Można dodać do niego soli podczas gotowania - ja dodaję zazwyczaj dwie solidne szczypty, ale ja lubię sól. Wlewamy go do innej miski i wstawiamy do lodówki, by zgęstniał podczas stygnięcia. Albo zżeramy na ciepło, mocząc w misce chleb i chlapiąc serem na blat stołu i na ciuchy (to u nas standard). Przyjemności :)

Komentarze

Popularne posty z tego bloga

O krewetkach w pomidorach i potrzebach w relacjach

 Wczoraj wieczorem odwiedził mnie niespodziewanie znajomy. Przywiózł ze sobą krewetki, co mnie bardzo ucieszyło i zaskoczyło jednocześnie. Na moje pytanie: Skąd wiedziałeś, że chętnie zjem krewetki ? odpowiedział, że znamy się już od ponad 8 miesięcy i on wie, że niezależnie od samopoczucia i nastroju zawsze zjem krewetki. I tatara oraz arbuza - niekoniecznie razem. No więc przywiózł krewetki. Zaczęliśmy smażyć te krewetki - przepis za chwilę - i znajomy w kontekście mojego zdziwienia trafioną w punkt dostawą żywności wygooglał w internetach jego ulubiony cytat ze słów Fridy Kahlo, dotyczący znajomości potrzeb i ich zaspokajania w bliskiej relacji (przyjacielskiej lub romantycznej - nie ma różnicy, bo oba typy relacji zakładają znaczną ważność i bliskość drugiej osoby).  Nie proszę Cię, byś mnie pocałował, ani o przeproszenie, gdy myślę, że się mylisz. Nawet nie poproszę Cię o przytulenie mnie, kiedy najbardziej tego potrzebuję. Nie proszę o to, żebyś mi mówił jaka jestem pięk...

Mózg: przysmak dla psychologa ;)

 Niedawno mojego wspólnika gabinetowego i kumpla w jednym coś natchnęło do kulinarnego powrotu do czasów PRL (z naszej dwójki tylko ja, rzecz jasna, pamiętam kuchnię lat 80.). Postanowiliśmy pobawić się w gotowanie cynaderek, byczych jąder i mózgu (oczywiście wieprzowego). Ta ostatnia potrawa nazywana była pieszczotliwie móżdżkiem - chyba po prostu milej to brzmiało. Jako żywo pamiętam czasy, gdy móżdżek można było zjeść w co drugiej knajpie. Zanim jednak zjemy mózg, warto dowiedzieć się, że jest on organem niezwykłym: stanowi około 2 procent masy ciała, ale zużywa 20-30 procent energii całego organizmu. Składa się on z około 100 miliardów neuronów, zaś same naczynia krwionośne mają 160 tys. kilometrów. Podczas stanu czuwania mózg generuje  jakieś 25 watów energii (czyli żarówkę już można rozświetlić) i przetwarza informacje z prędkością 430 km/h.  Gdy jesteśmy w stanie zakochania (wspominam o tym, bo dziś są walentynki), osłabieniu ulega aktywność kory czołowej i przedcz...

O pasztecikach dinozaurach pani Haliny i o latającym kocie

 Paszteciki są bardzo praktycznym jedzeniem. Robię je raz na jakiś czas - z przepisu wychodzi ich około 60-70 sztuk. Mrożę je potem, pakowane po dziesięć sztuk, jako gotowe danie - gdy nie ma czasu na normalny obiad, wystarczy pozyskać jakąkolwiek zupę (w akcie desperacji: barszczyk typu "gorący kubek"), wrzucić kilka pasztecików do piekarnika na parę minut (lub do mikrofali) i już: da się tym najeść. Nawet z przyjemnością. Paszteciki z przepisu pani Halinki mają u nas w domu ksywę "dinozaury", bo lepimy je byle jak i bardziej przypominają nam stegozaury (tyle że takie bez nóżek) niż regularny pasztecik. Paszteciki dinozaury 😉 Pani Halinka, przyjaciółka moich rodziców, była osobą bardzo mądrą, ciepłą i empatyczną. Cechowały ją też specyficzne lęki, miłość do zwierząt i umiarkowana cierpliwość. Wśród lęków pani Halinki na ostre prowadzenie wychodził lęk przed natknięciem się w lesie na wisielca. Pani Halina wyobrażała sobie, że pochylona idzie sobie przez las zbiera...