Przejdź do głównej zawartości

Tarta nic niewarta

 Dzisiaj oddaję głos psychologowi przy garach - o swej walce z tartą nic niewartą opowiada Jakub Hartung-Wójciak:

Piec uczyła mnie babcia Maryla, a wtedy jeszcze o tartach nikt nie słyszał – kruche ciasto owszem, ale nie jakieś tam tarty. Przy kruchym nie można było miętolić ciasta w rękach, co uwielbiałem jako berbeć czynić. Trzeba było je siekać nożem i szybko zarobić w zgrabną kulkę i do lodówki na godzinę, żeby skruszało. Nie przepadałem za tym ciastem, bo nadnaturalne ciepło moich dłoni (jako dziecko jeździłem na nartach bez rękawiczek), jak i dziecięcy zapał do wyrabiania zupełnie się tu nie przydawał – babcia za każdym razem przejmowała całą inicjatywę, żeby uratować resztki kruchości kruchego.

Nie dość, że moja mistrzyni sztuki kulinarnej nie zdradziła mi żadnych arkan wyrobu tart, to jeszcze pierwsze próby i kontakty nie kończyły się dobrze, a i kolejne potyczki gwałciły moją kulinarną pewność siebie. Tarta sióstr Tatin, mająca piękną historię powstania, w moim wydaniu pięknie wylądowała na podłodze celowo tam ciśnięta – ku uciesze mojej psinki Apolonii i załamaniu weterynarza.

Kolejną potyczką była tarta, której nazwa widnieje w tytule. Ku mojemu zaskoczeniu, ciasto wyszło może nieidealne, ale było godne długiego „mmmmm... ale to dobre”.

Przepis jest uniwersalny, jeżeli chodzi o tarty słodkie:

  • 300 g mąki pszennej
  • 200 g masła
  • 100 g cukru pudru
  • szczypta soli
  • żółtko – wiadomo, że „jedynka” albo „zerówka” (szczęśliwe kurki itd…)


Składniki sypkie przesiać na stolnicę, dodać zimne, twarde masło, siekać nożem i pomagać sobie łapką, byle nie za bardzo (patrz uwagi babci Maryli) do momentu uzyskania struktury zacierek czy też kruszonki. Dodać żółtko, szybko zagnieść do uzyskania w miarę jednolitego ciasta. Z uzyskanego ciasta uformować placek (tak placek wielkości dłoni, nie kulkę, bo łatwiej będzie rozwałkować), zawinąć w woreczek foliowy i hyc na godzinkę lub dwie do lodóweczki.

Po godzinie, dwóch rozwałkować, przełożyć na formę (26-28 cm średnicy) do tart wysmarowaną masłem i wysypaną kaszką manną lub bułką tartą (tak: ciasto będzie się rwało i rozsypywało i nie będzie jak w kuchnia+), wylepić dokładnie formę ciastem, ponakłuwać widelcem i wstawić do piekarnika nagrzanego do 180 st. C, piec do złotego koloru. Wyjąć, wystudzić, zostawić w foremce, jeżeli nie ma wyjmowanego dna.

I w tym momencie już, już widać było podium; już w myślach budował się cukierniczy łuk triumfalny na cześć mojej tarty, gdy doszło do mnie, że brak jej wnętrza, środka.

Pomyślałem: nic prostszego, mój ulubiony krem, wariacja na temat custard:

  • 6 żółtek
  • 250 g serka mascarpone
  • 4 łyżki cukru pudru
  • skórka z połowy lub z całej, jak kto lubi, cytryny
  • duża odrobina gałki muszkatołowej
  • duża szczypta cynamonu


Z żółtek* i cukru robimy kogel-mogel, około 10-15 minut miksowania, pod koniec dodajemy skórkę, gałkę muszkatołową i cynamon. Gotową jajeczną masę łączymy z mascarpone do uzyskania jednolitego kremu. Amen.

*przepis zawiera surowe jaja, więc muszą być one koniecznie bardzo dobrze umyte i sparzone

Sporządzony krem przekładamy na wystudzony spód tarty, w moim przypadku: przelewamy i tu jest pies pogrzebany, tu jest sęk tej historii.

Podsumowując … chyba najlepiej podsumują to załączone zdjęcia.


Chłodzenie nic nie pomogło, krem nie stężał, choć sam w sobie był zacny, co skłoniło mnie i moich gości do potraktowania tego wytworu cukierniczego jako fondue, które jeść należy podobnie jak żurek w chlebie.
Ja się nie poddaję – wcześniej czy później oswoję tę cukierniczą bestię i odzyskam zabraną mi sprawczość i pewność siebie w zetknięciu z kruchym.

Komentarze

Popularne posty z tego bloga

O krewetkach w pomidorach i potrzebach w relacjach

 Wczoraj wieczorem odwiedził mnie niespodziewanie znajomy. Przywiózł ze sobą krewetki, co mnie bardzo ucieszyło i zaskoczyło jednocześnie. Na moje pytanie: Skąd wiedziałeś, że chętnie zjem krewetki ? odpowiedział, że znamy się już od ponad 8 miesięcy i on wie, że niezależnie od samopoczucia i nastroju zawsze zjem krewetki. I tatara oraz arbuza - niekoniecznie razem. No więc przywiózł krewetki. Zaczęliśmy smażyć te krewetki - przepis za chwilę - i znajomy w kontekście mojego zdziwienia trafioną w punkt dostawą żywności wygooglał w internetach jego ulubiony cytat ze słów Fridy Kahlo, dotyczący znajomości potrzeb i ich zaspokajania w bliskiej relacji (przyjacielskiej lub romantycznej - nie ma różnicy, bo oba typy relacji zakładają znaczną ważność i bliskość drugiej osoby).  Nie proszę Cię, byś mnie pocałował, ani o przeproszenie, gdy myślę, że się mylisz. Nawet nie poproszę Cię o przytulenie mnie, kiedy najbardziej tego potrzebuję. Nie proszę o to, żebyś mi mówił jaka jestem pięk...

Mózg: przysmak dla psychologa ;)

 Niedawno mojego wspólnika gabinetowego i kumpla w jednym coś natchnęło do kulinarnego powrotu do czasów PRL (z naszej dwójki tylko ja, rzecz jasna, pamiętam kuchnię lat 80.). Postanowiliśmy pobawić się w gotowanie cynaderek, byczych jąder i mózgu (oczywiście wieprzowego). Ta ostatnia potrawa nazywana była pieszczotliwie móżdżkiem - chyba po prostu milej to brzmiało. Jako żywo pamiętam czasy, gdy móżdżek można było zjeść w co drugiej knajpie. Zanim jednak zjemy mózg, warto dowiedzieć się, że jest on organem niezwykłym: stanowi około 2 procent masy ciała, ale zużywa 20-30 procent energii całego organizmu. Składa się on z około 100 miliardów neuronów, zaś same naczynia krwionośne mają 160 tys. kilometrów. Podczas stanu czuwania mózg generuje  jakieś 25 watów energii (czyli żarówkę już można rozświetlić) i przetwarza informacje z prędkością 430 km/h.  Gdy jesteśmy w stanie zakochania (wspominam o tym, bo dziś są walentynki), osłabieniu ulega aktywność kory czołowej i przedcz...

O pasztecikach dinozaurach pani Haliny i o latającym kocie

 Paszteciki są bardzo praktycznym jedzeniem. Robię je raz na jakiś czas - z przepisu wychodzi ich około 60-70 sztuk. Mrożę je potem, pakowane po dziesięć sztuk, jako gotowe danie - gdy nie ma czasu na normalny obiad, wystarczy pozyskać jakąkolwiek zupę (w akcie desperacji: barszczyk typu "gorący kubek"), wrzucić kilka pasztecików do piekarnika na parę minut (lub do mikrofali) i już: da się tym najeść. Nawet z przyjemnością. Paszteciki z przepisu pani Halinki mają u nas w domu ksywę "dinozaury", bo lepimy je byle jak i bardziej przypominają nam stegozaury (tyle że takie bez nóżek) niż regularny pasztecik. Paszteciki dinozaury 😉 Pani Halinka, przyjaciółka moich rodziców, była osobą bardzo mądrą, ciepłą i empatyczną. Cechowały ją też specyficzne lęki, miłość do zwierząt i umiarkowana cierpliwość. Wśród lęków pani Halinki na ostre prowadzenie wychodził lęk przed natknięciem się w lesie na wisielca. Pani Halina wyobrażała sobie, że pochylona idzie sobie przez las zbiera...