Przejdź do głównej zawartości

O chłodniku nielitewskim i chłodnej Norwegii

 

Podczas ostatniej fali upałów (dla mnie temperatura powietrza powyżej +25 stopni to zło) żywiłam się głównie arbuzem, mizerią i chłodnikiem, o którym będzie za chwilę. Przywoływałam też wspomnienia najmilszych wakacji w północnej Norwegii (+14 stopni pod koniec czerwca!). Mój pierwszy urlop w Norwegii spędzałam jako kierowca w towarzystwie mojego śp. ojczulka i jego kumpli – uroczych facetów w kategorii wiekowej 60 i 70+. Stacjonowaliśmy na wyspie Seiland – panowie obsesyjnie łowili ryby, a ja łaziłam i jeździłam po pięknej okolicy. Gdy wspominałam ten wyjazd to zdałam sobie sprawę, że udowodniłam sobie wówczas wiele mniej lub ważnych kwestii. Przykładowo udowodniłam sobie, że mogę prowadzić samochód non-stop przez 28 godzin bez przerw większych niż siusiu i papieros. Nie ukrywam jednak, że pod koniec tych 28 godzin to raczej samochód jechał mną niż ja samochodem.

Lato na ukochanym Nordkappie (ciekawe dlaczego inne osoby są cieplej ubrane niż ja?)


Udowodniłam sobie też, że mogę spędzić 12 dni w nieomal absolutnej samotności i bardzo dobrze wypoczywać. Moi towarzysze w nocy łowili, w dzień spali, a ja miałam rytm dobowy zgoła odmienny, więc nie widywaliśmy się przesadnie często. Poza tym udowodniłam sobie rzecz oczywistą, że mogę na bazie doświadczeń zmieniać swoje przekonania, np. kulinarne. Otóż bowiem gdy podczas pierwszego mojego pobytu w Finlandii (lata świetlne przed Norwegią) zaproponowano mi stek z renifera, zaprotestowałam gwałtownie. No jak to – zeżreć pomocnika świętego Mikołaja?!? Toć to prawie kanibalizm! Słodkich reniferków się nie je! Gdy jednak podczas pierwszej norweskiej podróży przejechałam w pionie całą Szwecję i Norwegię, poznałam wówczas prawdziwe oblicze reniferów, wskakujących znienacka i bez ostrzeżenia na jezdnię i sterczących na jej środku nieruchomo z tępawym wyrazem pyszczka. Po licznych zawałach serca na widok kolejnych samobójczych i zabójczych zwierzaczków na szosie byłam gotowa zeżreć wszystkie renifery Norwegii osobiście, aby tylko nie tłukły mi się przed maską samochodu. Po powrocie do Polski przez dobry miesiąc miałam halucynacje reniferów wyskakujących z polskiego lasu na drogę.

Pobocze drogi i wyleniałe renifery

Piękna, surowa Seiland


Moim zdaniem warto czasem coś sobie udowodnić – poszerza to wiedzę o sobie, nawet jeśli nie zawsze prowadzi do miłych wniosków. Z pewnością nie warto jednak marnować energii na udowodnianie czegokolwiek innym – to spala i czyni nas niewolnikiem czyjegoś osądu; zabiera wolność decyzji; przejmuje kontrolę nad naszym emocjami i prowadzi nas na smyczy ku czyjemuś zadowoleniu.

Mój chłodnik, chłodny jak Nordkapp latem, ma się trochę nijak do oryginalnej wersji litewskiej. W klasycznych przepisach poleca się gotować buraczki z liśćmi w bulionie mięsnym lub warzywnym, a potem ten bulion połączyć z kefirem lub maślanką. Nigdy nie wypróbowałam takiego wariantu, bo mikstura „bulion+kefir” kojarzy mi się wyłącznie z patentem na gwałtowny i przewlekły rozstrój jelit. Pewnie niesłusznie, skoro ludzkość to jada bez utraty życia i zdrowia, ale osobiście wolę jednak nie ryzykować.

Chłodnik nielitewski


Do zrobienia chłodnika nielitewskiego potrzebujemy: 0,75 litra gęstego kefiru (lub litr, jeśli ktoś chce mieć bardziej płynną zupę), 6 buraków młodych (mile widziane liście, ale nie są konieczne), 6 ogórków gruntowych średniej wielkości, pół dużego pęczka kopru i szczypioru (albo po jednym skromniejszym), ząbek czosnku, sól i pieprz oraz po jednym jajku na twardo na osobę jedzącą chłodnik. Z tych proporcji powstaje porcja chłodnika nadająca się dla 4 głodnych osób.

Robota jest przeraźliwie prosta: gotujemy buraczki do miękkości. Jeśli buraki mają liście, to wrzucamy je do gara z burakami pod koniec gotowania. Liście gotują się piorunem. Studzimy buraki, a w międzyczasie kroimy drobniutko ogórki i zieleninę, dorzucamy do tego ząbek czosnku zmiażdżony przez praskę i zalewamy całość kefirem. Potem dodajemy zimne buraczki podziabane w maleńką kostkę. Mieszamy, solimy, pieprzymy i wstawiamy do lodówki na kilka godzin. Całość musi się przegryźć i wychłodzić. Następnie do miski lub talerza wlewamy chłodnik, posypujemy go pokrojonym jajkiem na twardo i pożeramy z przyjemnością, ciesząc się myślą, że w Polsce nie ma rąbniętych reniferów...

Komentarze

Popularne posty z tego bloga

O krewetkach w pomidorach i potrzebach w relacjach

 Wczoraj wieczorem odwiedził mnie niespodziewanie znajomy. Przywiózł ze sobą krewetki, co mnie bardzo ucieszyło i zaskoczyło jednocześnie. Na moje pytanie: Skąd wiedziałeś, że chętnie zjem krewetki ? odpowiedział, że znamy się już od ponad 8 miesięcy i on wie, że niezależnie od samopoczucia i nastroju zawsze zjem krewetki. I tatara oraz arbuza - niekoniecznie razem. No więc przywiózł krewetki. Zaczęliśmy smażyć te krewetki - przepis za chwilę - i znajomy w kontekście mojego zdziwienia trafioną w punkt dostawą żywności wygooglał w internetach jego ulubiony cytat ze słów Fridy Kahlo, dotyczący znajomości potrzeb i ich zaspokajania w bliskiej relacji (przyjacielskiej lub romantycznej - nie ma różnicy, bo oba typy relacji zakładają znaczną ważność i bliskość drugiej osoby).  Nie proszę Cię, byś mnie pocałował, ani o przeproszenie, gdy myślę, że się mylisz. Nawet nie poproszę Cię o przytulenie mnie, kiedy najbardziej tego potrzebuję. Nie proszę o to, żebyś mi mówił jaka jestem pięk...

Mózg: przysmak dla psychologa ;)

 Niedawno mojego wspólnika gabinetowego i kumpla w jednym coś natchnęło do kulinarnego powrotu do czasów PRL (z naszej dwójki tylko ja, rzecz jasna, pamiętam kuchnię lat 80.). Postanowiliśmy pobawić się w gotowanie cynaderek, byczych jąder i mózgu (oczywiście wieprzowego). Ta ostatnia potrawa nazywana była pieszczotliwie móżdżkiem - chyba po prostu milej to brzmiało. Jako żywo pamiętam czasy, gdy móżdżek można było zjeść w co drugiej knajpie. Zanim jednak zjemy mózg, warto dowiedzieć się, że jest on organem niezwykłym: stanowi około 2 procent masy ciała, ale zużywa 20-30 procent energii całego organizmu. Składa się on z około 100 miliardów neuronów, zaś same naczynia krwionośne mają 160 tys. kilometrów. Podczas stanu czuwania mózg generuje  jakieś 25 watów energii (czyli żarówkę już można rozświetlić) i przetwarza informacje z prędkością 430 km/h.  Gdy jesteśmy w stanie zakochania (wspominam o tym, bo dziś są walentynki), osłabieniu ulega aktywność kory czołowej i przedcz...

O pasztecikach dinozaurach pani Haliny i o latającym kocie

 Paszteciki są bardzo praktycznym jedzeniem. Robię je raz na jakiś czas - z przepisu wychodzi ich około 60-70 sztuk. Mrożę je potem, pakowane po dziesięć sztuk, jako gotowe danie - gdy nie ma czasu na normalny obiad, wystarczy pozyskać jakąkolwiek zupę (w akcie desperacji: barszczyk typu "gorący kubek"), wrzucić kilka pasztecików do piekarnika na parę minut (lub do mikrofali) i już: da się tym najeść. Nawet z przyjemnością. Paszteciki z przepisu pani Halinki mają u nas w domu ksywę "dinozaury", bo lepimy je byle jak i bardziej przypominają nam stegozaury (tyle że takie bez nóżek) niż regularny pasztecik. Paszteciki dinozaury 😉 Pani Halinka, przyjaciółka moich rodziców, była osobą bardzo mądrą, ciepłą i empatyczną. Cechowały ją też specyficzne lęki, miłość do zwierząt i umiarkowana cierpliwość. Wśród lęków pani Halinki na ostre prowadzenie wychodził lęk przed natknięciem się w lesie na wisielca. Pani Halina wyobrażała sobie, że pochylona idzie sobie przez las zbiera...