Wbrew tytułowi ten post nie będzie miał nic wspólnego z neurologią ani z
psychologią. Będzie on traktował o smacznych pulpecikach nazywanych przez mojego
śp. ojczulka odbijaczami (kształt pulpetów kojarzył mu się z odbijaczami
burtowymi - ojczul przesłużył kilka lat w marynarce wojennej, do której zachował
żywy sentyment) i o dwóch anegdotkach dotyczących poczucia, że mój mózg się
wyłączył i nie działa, kompletnie. Anegdotki przypomniały mi się, gdy wczoraj
gotowałam odbijacze i jednocześnie rozmawiałam z moją matką. Mówiłam właśnie o
składnikach dodawanych do sosu - stanęłam na fasolce - i tu matka z namysłem
zapytała: A może kremową? No i w tym momencie mnie znowu zawiesiło: co to jest
"kremowa fasolka"? Stałam nad garem z tępym wyrazem twarzy i po kilkudziesięciu
sekundach skumałam, że matka pyta o kolor tapety, o której położeniu w kuchni
rozmawiałyśmy kilka godzin wcześniej...
Dwie największe przerwy w pracy mózgu
zafundowały mi moje koleżanki. Historia pierwsza działa się w domku letniskowym,
w którym spędzałam kawałek urlopu wraz z dwiema kobietami: Wandą i Niną. Pewnego
wieczoru Nina wspominała czule pewien sklep z cateringiem w Bydgoszczy. Sklepu
już niestety nie było, a Nina nie mogła sobie przypomnieć nazwy potrawy, którą
tam kupowała i która była pyszna. Była właśnie na etapie pytań retorycznych "Jak
to się nazywało???", gdy do domku wleciał gigantycznie wielki żuk. Zwierzę było
raczej paskudne z wyglądu i tłukło się po chałupie jak znerwicowana piłka
tenisowa. Nie ukrywajmy: razem z Wandą zwiałyśmy z wrzaskiem do kuchni, a Nina
nienerwowo wypędziła zwierzę z domu. Wróciłyśmy z Wandą do pokoju, wciąż walcząc
z zawałami serca, i zaczęłyśmy się głośno zastanawiać, co to u licha było. Na to
Nina radośnie oznajmiła: wiem! udko faszerowane! W takim właśnie momencie czuje
się fizycznie, jak rozłączają się wszystkie synapsy, zamiera neuroprzekaźnictwo
i cisza - mózg nie działa. Mój ojczul powiedziałby: totalna flauta. Biedna Nina
zupełnie nie rozumiała, dlaczego obie z Wandą najpierw zamarłyśmy na minutę, a
potem dostałyśmy wielominutowej głupawki. Wizja latających po chałupie udek
faszerowanych prześladowała nas przez kilka dni. Drugą zawiechę zawdzięczam
koleżance z pracy, a obecnie także sąsiadce ze wsi. Byłyśmy wiele lat temu z
Ludką na konferencji w Łodzi i urwałyśmy się na kilka godzin celem zwiedzenia
cmentarza żydowskiego. Taksówkarz podwiózł nas pod jedną z bram, pozwiedzałyśmy
i wyszłyśmy drugą bramą. Chciałyśmy wezwać taksówkę, ale do tego potrzebna jest
nazwa ulicy. Stałyśmy pod tą bramą, rozglądałam się desperacko po kątach celem
wypatrzenia nazwy ulicy na sąsiednich blokach, a Ludka powiedziała: "A brama
cytryna". Tak to przynajmniej wtedy zrozumiałam - no i znowu już po mózgu,
koniec, synapsy rozłączone. Dlaczego brama cytryna??? Gdzie ta cholerna
cytryna??? Zagadka po chwili się rozwiązała: Luda po prostu dostrzegła nazwę
ulicy: Abrama Cytryna. Człowiek nazywał się Abram Cytryn...
Korzystając z tego,
że chwilowo moje synapsy jako tako działają - czas na odbijacze. Do
wyprodukowania odbijaczy potrzebne będą: około kilograma zmielonej wołowiny (nie
musi być przesadnie szlachetna), puszka czerwonej fasoli (400g), dwa ząbki
czosnku, pół dużej puszki kukurydzy (400g) lub jedna mała puszka, cebula, por,
olej, dwie puszki pomidorów, sól, pieprz, papryka słodka i mineralka gazowana.
W garze teflonowym (uwielbiam gary, które nie wymagają pilnowania potrawy celem
uniknięcia przypalenia - mój jest z IKEA - to nie jest wpis sponsorowany, nad
czym akurat w tym przypadku ubolewam) na oleju podsmażamy cebulę, drobno
podziabanego pora i czosnek przeciśnięty przez praskę. Gdy się całość posmaży,
dorzucamy kukurydzę (bez zalewy), fasolę i pomidory. Solimy, pieprzymy i
paprykujemy. Mieszamy i odstawiamy na bok. Robimy odbijacze: mięso przyprawiamy
solą, pieprzem i papryką, i wyrabiamy je dolewając po trochu gazowanej
mineralki. Konsystencja ma być finalnie lekka, ale nadal umożliwiająca
wyrabianie kulek z mięsa. Nie dodajemy jajek ani bułki tartej. Swoją drogą:
gdyby ktoś nie wiedział - mineralka gazowana spulchnia mięso. Do zwyczajnych
kotletów mielonych i do pasztetu też nie dodaję jajek - zastępuję je właśnie
mineralką. Mielone są puszyste i nie mają tendencji do rozpadania się. No to
dalej: z wyrobionego porządnie mięcha formujemy kulki o średnicy około 5 cm.
Kulki-odbijacze podsmażamy na patelni i wkładamy do naczynia żaroodpornego.
Całość zalewamy sosem z gara i wstawiamy całość pod przykryciem do piekarnika
(opcja grzania: góra-dół, około 180-200 st). Zapiekamy około godziny lub trochę
więcej. O moich ostatnich odbijaczach przypomniałam sobie po dwóch godzinach, bo
zajęta byłam osobistym montażem ławy (skręcanie szuflad zgodnie z instrukcją to
piekło) - nie zaszkodziło im to w żadnym stopniu. Przyjemności!
Komentarze
Prześlij komentarz