Przejdź do głównej zawartości

O gęsi patriotycznej

 W tym roku zapowiadało się, że rodzinna tradycja 11 listopada kompletnie zdechnie, wraz z moim gigantycznie rozwijającym się zapaleniem oskrzeli (płuca pomińmy milczeniem).

Ta tradycja rodzinna jest nieco oszczędna w środki: flaga na maszcie na balkonie, rogale marcińskie (jedna czwarta rodu jest z Wielkopolski) i gęś. Do tego okrasa i półgęsek na przystawkę. Chciałam wszystkie niezbędne produkty nabyć jak zwykle na jarmarku (np. w Minikowie), no ale mój wirus... Uznałam, że głupio będzie zabierać przyjemność ludziom z zakupów charcząc na nich i kaszląc do wyplucia płuc; a poza tym straciłam kompletnie głos - więc jak poproszę o konkretny kawałek gęsi? Będę go palcem wskazywać i kaszleć znacząco w jego kierunku?

Zaniepokojona reakcją rodziny na upadek tradycji kupiłam jednak wczoraj w markecie ostatni płat gęsiej piersi i oddałam się refleksji nad moim patriotyzmem - bo jakoś przykra mi była myśl, że ogranicza się on do żarcia i flagi. Czymże jest więc mój patriotyzm na co dzień? Myślę, że jest on zgoła pozytywistyczny (romantyzm jakoś nigdy do mnie nie przemawiał): staram się rzetelnie wykonywać swój zawód, śmieci segreguję porządnie i z zaangażowaniem, wspieram małe, lokalne sklepiki (ale też cenię podatki płacone przez markety), nie śmiecę na ulicy i zasadniczo lubię mój kraj. Gdy wybuchła wojna w Ukrainie, zdałam sobie sprawę z tego, że raczej zostałabym w Polsce by walczyć, gdyby ktoś napadł na Polskę. Nie śmiem oceniać osób, które podjęłyby inną decyzję - ale widać, że jest we mnie romantyczna cząstka, która na wyobrażenie wojny tu, w mojej Bydgoszczy, kazała mi przeliczyć na koktajle Mołotowa zgromadzony w mojej przepastnej piwnicy olej opałowy i butelki chomikowane na nalewki.

Patriotycznie lubię moją wieś :)


Moja gęś jest patriotyczna i pieczona z troski - bowiem nastał taki czas, gdy upieczona gęś stała się trudno przegryzalna dla mojej seniorki. I tak powstał przepis na mieloną pierś gęsią zapiekaną w skórce z piersi.

Potrzebne składniki na 2 osoby:

1 cały płat piersi gęsiej (czyli dwie połówki), ząbek czosnku, 2 małe cebule, 2 małe bułki namoczone uprzednio w mleku i stosownie odciśnięte, sól, pieprz, majeranek, sypka papryka słodka, olej.

Robota:

1. zdejmujemy ostrożnie skórę z piersi tak, by jej nie uszkodzić. Wbrew pozorom jest to czynność prosta, do wykonania której prawie nie używa się noża - wystarczy nienerwowo i palcami oddzielać skórę od mięska,

Tak wygląda skóra po oddzieleniu od mięsa

2. mielimy mięso i cebulki na drobnych oczkach maszynki do mielenia,

3. dodajemy do mięsa czosnek przeciśnięty przez praskę, sól, pieprz, majeranek oraz odciśnięte bułki

4. wyrabiamy mięso - ma mieć lekką konsystencję (antyteza betonu) - jeśli po wyrobieniu jest nadal zbyt gęste to dolewamy odrobinę mineralki gazowanej i nadal wyrabiamy

5. skórę z całej piersi przekrawamy na pół tak, by uzyskać dwa kwadraty. Jeśli kupiliśmy dwie oddzielne połówki - nie musimy już niczego kroić.

6. mięsko kładziemy na skórze i zszywamy trzy boki (nicią lub na skróty - szpilkami do zrazów) oraz całość posypujemy odrobiną papryki.

Gęś tuż przed trafieniem do pieca

Wyjdą nam z tego dwie faszerowane piersi i mięsko na dwa kotlety na następny dzień. Wszystko wsadzamy do naczynia żaroodpornego, polewamy olejem i łyżką wody i pieczemy pod przykryciem w nagrzanym piekarniku (180 stopni w ustawieniu góra-dół, przez co najmniej godzinę - pod koniec warto zdjąć górę naczynia celem zrumienienia skórki).

Do tego cudnie się komponuje czerwona kapusta duszona z jabłkami :) Przyjemnego dnia niepodległości :)


Komentarze

Popularne posty z tego bloga

O krewetkach w pomidorach i potrzebach w relacjach

 Wczoraj wieczorem odwiedził mnie niespodziewanie znajomy. Przywiózł ze sobą krewetki, co mnie bardzo ucieszyło i zaskoczyło jednocześnie. Na moje pytanie: Skąd wiedziałeś, że chętnie zjem krewetki ? odpowiedział, że znamy się już od ponad 8 miesięcy i on wie, że niezależnie od samopoczucia i nastroju zawsze zjem krewetki. I tatara oraz arbuza - niekoniecznie razem. No więc przywiózł krewetki. Zaczęliśmy smażyć te krewetki - przepis za chwilę - i znajomy w kontekście mojego zdziwienia trafioną w punkt dostawą żywności wygooglał w internetach jego ulubiony cytat ze słów Fridy Kahlo, dotyczący znajomości potrzeb i ich zaspokajania w bliskiej relacji (przyjacielskiej lub romantycznej - nie ma różnicy, bo oba typy relacji zakładają znaczną ważność i bliskość drugiej osoby).  Nie proszę Cię, byś mnie pocałował, ani o przeproszenie, gdy myślę, że się mylisz. Nawet nie poproszę Cię o przytulenie mnie, kiedy najbardziej tego potrzebuję. Nie proszę o to, żebyś mi mówił jaka jestem pięk...

Mózg: przysmak dla psychologa ;)

 Niedawno mojego wspólnika gabinetowego i kumpla w jednym coś natchnęło do kulinarnego powrotu do czasów PRL (z naszej dwójki tylko ja, rzecz jasna, pamiętam kuchnię lat 80.). Postanowiliśmy pobawić się w gotowanie cynaderek, byczych jąder i mózgu (oczywiście wieprzowego). Ta ostatnia potrawa nazywana była pieszczotliwie móżdżkiem - chyba po prostu milej to brzmiało. Jako żywo pamiętam czasy, gdy móżdżek można było zjeść w co drugiej knajpie. Zanim jednak zjemy mózg, warto dowiedzieć się, że jest on organem niezwykłym: stanowi około 2 procent masy ciała, ale zużywa 20-30 procent energii całego organizmu. Składa się on z około 100 miliardów neuronów, zaś same naczynia krwionośne mają 160 tys. kilometrów. Podczas stanu czuwania mózg generuje  jakieś 25 watów energii (czyli żarówkę już można rozświetlić) i przetwarza informacje z prędkością 430 km/h.  Gdy jesteśmy w stanie zakochania (wspominam o tym, bo dziś są walentynki), osłabieniu ulega aktywność kory czołowej i przedcz...

O pasztecikach dinozaurach pani Haliny i o latającym kocie

 Paszteciki są bardzo praktycznym jedzeniem. Robię je raz na jakiś czas - z przepisu wychodzi ich około 60-70 sztuk. Mrożę je potem, pakowane po dziesięć sztuk, jako gotowe danie - gdy nie ma czasu na normalny obiad, wystarczy pozyskać jakąkolwiek zupę (w akcie desperacji: barszczyk typu "gorący kubek"), wrzucić kilka pasztecików do piekarnika na parę minut (lub do mikrofali) i już: da się tym najeść. Nawet z przyjemnością. Paszteciki z przepisu pani Halinki mają u nas w domu ksywę "dinozaury", bo lepimy je byle jak i bardziej przypominają nam stegozaury (tyle że takie bez nóżek) niż regularny pasztecik. Paszteciki dinozaury 😉 Pani Halinka, przyjaciółka moich rodziców, była osobą bardzo mądrą, ciepłą i empatyczną. Cechowały ją też specyficzne lęki, miłość do zwierząt i umiarkowana cierpliwość. Wśród lęków pani Halinki na ostre prowadzenie wychodził lęk przed natknięciem się w lesie na wisielca. Pani Halina wyobrażała sobie, że pochylona idzie sobie przez las zbiera...